Strona główna Społeczeństwo Strażak Jarosław Maciejewski prosi o pomoc i wsparcie.

Strażak Jarosław Maciejewski prosi o pomoc i wsparcie.

198

Strażak Jarek liczy na Ciebie

Witaj

w 2013 roku przeszedłem poważny wypadek podczas akcji ratowniczej na jeziorze Hańcza. W trakcie nurkowania na 50 m doszło do szeregu sytuacji które wymusiły pominięcie przystanków dekompresyjnych. Efektem czego jest choroba dekompresyjna DCS 2º postać mieszana mózgowo– rdzeniowa. Jestem w trakcie bardzo kosztownego leczenia. Poniżej zamieściłem krótkie streszczenie odnośnie tego co się z czego wzięło i od czego się zaczęło i co dzieje się aktualnie.

Jestem Strażakiem w Państwowej Straży Pożarnej od  01.08.2005 r. Od początku służby, już w trakcie szkolenia podstawowego zauważyłem iż wśród strażaków wyróżnia się pewna kasta ludzi, specjalistów, elita – specjalistyczne grupy. Miałem szczęście trafić do Jednostki Ratowniczo Gaśniczej nr 1 w Opolu, gdzie funkcjonowały dwie specjalistyczne grupy. Jedna to SGRW-N (Specjalistyczna Grupa Ratownictwa Wodno – Nurkowego) oraz SGRW (Specjalistyczna Grupa Ratownictwa Wysokościowego). Postawiłem sobie za cel aby należeć do grona ratowników obydwu specjalizacji. Droga nie była łatwa, ale ja nie należę do osób które poddają się łatwo i bez walki. Udało się. Dostałem się w szeregi SGRW-N w 2006 r. po ukończeniu kursu P1 CMAS oraz odbyciu szkolenia CMAS SS-1. Zostałem oddelegowany do Ośrodka Szkolenia PSP w Bornym Sulinowie gdzie ukończyłem z wynikiem pozytywnym kurs Młodszego Nurka MSWiA. Do SGRW trafiłem rok później w 2007 r. 

Do 2013 r. dzięki bardzo dużemu zaangażowaniu, zarówno w pracę Strażaka Ratownika – awansowałem na stanowisko Dowódca Zastępu. Za czynny udział w specjalistycznych grupach ratowniczych osiągnąłem tytuł Kierownika Prac Podwodnych MSWiA, oraz tytuł Ratownika Wysokościowego MSWiA. Kolejnym etapem rozwoju był Nurek Instruktor MSWiA. Aby ubiegać się o możliwość bycia oddelegowanym na taki kurs musiałem zdobyć na własną rękę uprawnienia instruktora nurkowania cywilnego. Na przełomie maja i czerwca 2013 roku kończyłem kurs KDP CMAS P3, wykonując szereg nurkowań zaliczeniowych na jeziorze Hańcza. 

1.06.2013 r. około godziny 11.00 odbywa się nurkowanie zaliczeniowe na 50 m. na jeziorze Hańcza. (Niestety nie pamiętam które miejsce – zejście) Zgodnie z planem ustalonym oraz omówionym dzień wcześniej na odprawie wieczornej moja grupa nurkowa składa się z trzech osób: instruktor, partnerka nurkowa oraz ja. Zanurzanie przebiegało prawidłowo,przystanki sprawdzające co 10 m  nie wykazywały nieprawidłowości i zanurzenie przebiegało zgodnie z planem.  Zbliżając się do głębokości 50 m partnerka doznała prawdopodobnie narkozy azotowej. instruktor oraz ja podjęliśmy decyzję o natychmiastowym wynurzeniu w celu ustania objawów narkozy. Niestety partnerka zużywała bardzo dużą ilość powietrza. Na głębokości około 36 m partnerka pokazała mi znak który informuje o braku czynnika oddechowego.Natychmiast wyjmuję swój automat oraz przekazuje go bezpośrednio  do ust partnerki i przytrzymuję ją za uprząż. Drugi automat ląduje w moich. Sytuacja staje się tym bardziej dramatyczna iż partnerka zaczęła rzęzić oraz tracić przytomność.  Już wiem że będziemy musieli opuścić wszystkie przystanki dekompresyjne oraz wdrożyć procedurę alarmową. w głowie mam tylko stan zdrowia partnerki oraz procedury. Jest szansa jeszcze na wykonanie nurkowania po pominięciu przystanków dekompresyjnych (rekompresja) w celu zapobiegnięcia choroby dekompresyjnej, zatem sytuacja jest zła ale nie bez wyjścia. Jedyne co mogę zrobić to przekazać partnerkę nurkowi ratownikowi  który zabezpiecza nurkowanie z brzegu gotowy do podjęcia akcji ratunkowej od momentu naszego wejścia do wody. Wynurzamy się i okazuje się iż do brzegu jest spory kawełek drogi. Razem z instruktorem wzywamy pomocy. Natychmiast do wody wskakuje nurek ratownik i płynie do nas. Teraz cieszę się ze jest to młody wysportowany świetnie pływający kolega. Rozpoczęliśmy wyścig z czasem. Jak najszybciej przekazać nieprzytomną, oddychającą partnerkę na brzeg i poddać się rekompresji. Dopływamy do brzegu i zaczynam odczuwać skutki choroby dekompresyjnej.  Na początku poczułem mocne osłabienie, nie byłem w stanie się samodzielnie rozebrać ze sprzętu. Zwroty głowy nie pozwalały mi przyjąć innej pozycji niż leżąca. Na twarzy wylądowała maseczka z tlenem i poczułem ulgę.  Wydaje mi się że nie straciłem przytomności ale przez dłuższą chwilę miałem mgłę przed oczami. W myślach krążył mi tylko głos “ale zafundowałeś prezent na dzień dziecka robaczkom” . Poczułem że nie jestem w stanie poruszać prawą stroną ciała. Paraliż trwał chwilę. W momencie kiedy zaczynałem odzyskiwać władzę w prawej ręce, pewien byłem że będzie dobrze i być może obędzie się bez poważniejszych konsekwencji. Radość nie trwała zbyt długo gdyż paraliż ostatecznie zatrzymał się na wysokości pępka i zajął również lewą nogę. Oczekiwanie na przylot śmigłowca LPR wydawał się być wiecznością a wymiana butli tlenowych (przerwa w dostarczaniu tlenu do maseczki) dawał wrażenie duszenia się, jakby w powietrzu nie było tlenu. Na szczęście doczekałem się na przylot LPR. Szybkie badanie i przelot do szpitala. 

Tak zaczęła się walka o życie.

Pierwsza diagnoza potwierdziła się. Choroba Dekompresyjna DCS 2º postać mieszana mózgowo – rdzeniowa.

W szpitalu w Gdyni przeszedłem przez szereg sesji w komorach dekompresyjnych oraz poddany byłem leczeniu farmakologicznemu. Paraliż utrzymywał się. Po tygodniu w związku z brakiem wyraźnej poprawy dostałem skierowanie do szpitala rehabilitacyjnego w celu kontynuacji leczenia. Wreszcie zobaczę się z moimi robaczkami! W trakcie przygotowania przeze mnie pokoju do opuszczenia stwierdziłem iż muszę pościelić łóżko oraz otworzyć okno aby przewietrzyć. Niestety nie miałem do dyspozycji wózka inwalidzkiego który pomagał mi się poruszać, więc wstałem pościeliłem łóżko i otworzyłem okno. Mimo iż szpital jest sporo oddalony od brzegu morza to po zamknięciu oczu czułem się jak na plaży. Nagle w drzwiach staną dr Siczko. Ja poczułem się jak uczeń podstawówki który bez pozwolenia opuszcza ławkę, gdy usłyszałem pytanie„co pan robi?”. Niesiony falą pozytywnej bryzy, bez zastanowienia odpowiedziałem że skończył mi się turnus nad morzem i czas jechać na turnus w góry. Z wyrazu twarzy zauważyłem że dowcip raczej nie trafił w odbiorcę bo ten jeszcze przez chwile stał wryty jakby zobaczył bazyliszka. Obrócił się napięcie i poszedł dalej. Jest przyjechali! Moja kochana żona zabierze mnie do domu. Stanęła w drzwiach i mówi iż lekarze stwierdzili że jest widoczna poprawa na którą nikt oprócz mojej Bogusi nie wierzył. Sytuacja ta spowodowała przedłużenie leczenia hiperbarycznego o kolejny tydzień. Dzięki temu szpital opuściłem po zremisowanym meczu korytarzowej piłki nożnej z pielęgniarkami którym obiecałem że wyjdę ze szpitala na nogach o własnych siłach. Co prawda nie można mówić że chodziłem bez problemów ale przynajmniej bez chodzika. Szybka wizyta w domu i Szpital Rehabilitacyjny w Goczałkowicach. Tam dzięki  porozumieniu z rehabilitantami mogłem korzystać codziennie ze zwiększonej ilości godzin na salach rehabilitacyjnych. Osiem godzin dziennie zabiegi, potem basen, spacery, książka a gdy mój stan się poprawił to rozpocząłem podróżowanie rowerem. Dzięki uporowi i bardzo wytężonej pracy po prawie trzech miesiącach wróciłem do domu z niedowładem kończyn dolnych w stopniu IV w skali Lovette`a. Kontynuuje leczenie neurologiczne w Opolu oraz w Szpitalu na Oddziale Rehabilitacji w Ozimku. Niedowład się utrzymał natomiast pojawiła się niedoczulica nóg. Wówczas lekarz neurolog stwierdził iż skończyły się możliwości medycyny na chwilę obecną aby stan zdrowia się poprawił. Pozwolił mi  wrócić do pracy. Po dopuszczeniu mnie do służby przez lekarza medycyny pracy wróciłem do obowiązków. Na pierwszej służbie po powrocie do straży czułem się wyjątkowo dziwnie, nie potrafiłem się odnaleźć. Mój przełożony zabrał mnie na nurkowanie sprawdzające. Czy dam sobie radę w czasie działań pod wodą?

Przeżyłem.

Po pierwszej służbie, pomimo „kilku mankamentów” w moim ciele, nie mając żadnej alternatywy finansowej byłem przekonany że dam sobie rade. Niedoczulica miała swoje plusy i minusy. Jednego razu po ośmiu godzinach chodzenia w butach bojowych, zdejmując je zauważyłem wypadający długopis. Pan Hilary? Okazało się że zguba się znalazła tylko że ja nie wiedziałem że leży pod stopą 😉

Mijały miesiące.Niedoczulica przerodziła się w postać mieszaną. Naprzemiennie niedoczulica z przeczulicą. Około pół roku po wypadku pojawiło się pieczenie w stopach. Czasami mam wrażenie jakbym stąpał po rozżarzonych węglach a czasem stopy dotykają płyty lodowiska. Mogłem się do tego albo przyzwyczaić albo zwariować. Wybrałem to pierwsze. Nie było łatwo ale wizyty u kolejnych neurologów tylko potwierdzał słuszność mojej decyzji. Jeden ze znanych nazwisk po wysłuchaniu mojej historii choroby opowiedział mi że do bólu muszę się przyzwyczaić. Wysłuchałem również jego opowieści jak to kiedyś miał wypadek i do dzisiaj czasem odzywa się u niego boleść nogi. Ale do tego musiał się przyzwyczaić. Nakazał jeść wątróbkę i pić piwo aby uzupełniać wit. z gr. B, skasował 200zł i …

To miał być ostatni lekarz do którego się udałem. Niestety stan zdrowia nie poprawiał się a wręcz było coraz gorzej. Udawało mi się zdawać testy sprawnościowe w pracy i przechodzić przez komisje lekarskie. Wstawać rano i iść do pracy dając z siebie wszystko. 

Na przełomie roku 2018/2019 moja córka doznała poważnych komplikacji po operacji drenażu uszu. Byłem świadkiem jak wyła z bólu a ja nie mając możliwości jej pomóc pierwszy raz stanąłem w sytuacji bez wyjścia. 

Odczuwam ból i pieczenie na powierzchni całego ciała oprócz prawej ręki. Pieczenie stóp pozostało na tym samym poziomie,pojawiły się bóle w stawach – przeszywający ból który dla obserwatora z zewnątrz czasem wygląda jak by ktoś poraził mnie prądem. Stałe uczucie zbyt małej skóry na głowie. Osłabienie siły mięśniowej. Problemy z mikcją. Pogłębił się niedowład nogi lewej i zaczęło występować drżenie. Od lutego jestem również pod kontrolą lekarza psychiatry która leczy mnie na depresje oraz stwierdziła również Zespół Stresu Pourazowego PTSD. 

Dzięki wielu lat pomocy, wsparcia, determinacji oraz wielkiej miłości mojej żony Bogusi znajduję się w tym miejscu. Dzięki niej jestem w tak dobrym stanie już ponad sześć lat po wypadku! A statystyki i lekarze nie dawali mi szans na wyjście ze szpitala inaczej niż w najlepszym wypadku na wózku inwalidzkim (i to na zawsze). To Bogusia cały czas szukała rozwiązania. Gdy ja mówiłem że już nie pójdę do żadnego specjalisty od „piwa i wątróbki” ona zawsze potrafiła przekonać aby się nie poddawać i szukać. Sama aby zrozumieć problem postanowiła skończyć studia podyplomowe o specjalizacji psychotraumatologia. Dzięki jej upartości trafiliśmy do wspaniałego lekarza który za pomocą słów oraz igieł do akupunktury pozwalał przeżyć w bólu miesiąc po miesiącu. Niestety ból wzmagał na sile. I znów Bogusia znalazła Poradnie Leczenia Bólu w Warszawie gdzie umówiła mnie na wizytę. I znowu strzał w dziesiątkę trafiliśmy do pani prof. która okazała się sławą wśród lekarzy od bólu. Dzięki niej poznaliśmy równie kompetentną i niesamowicie ciekawą tematu pomocy pacjentom bólowym panią dr w przychodni Leczenia Bólu w Opolu przy Szpitalu Wojskowym. Teraz czeka nas walka na arenie międzynarodowej.

Na chwile obecną, jestem na L4 od stycznia br. które wypłacane jest w wysokości 80% uposażenia. Koszty leczenia które pozwalają mi zejść w 10-cio stopniowej skali bólu z 8 na 5 oraz przetrwać z PTSD oraz depresją zdecydowanie przekraczają 100% uposażenia. Do listopada ubiegłego roku prowadziłem działalność gospodarczą która pozwalała generować dochody trzykrotnie przekraczające dochody ze straży. Niestety stan zdrowia nie pozwala mi i praktycznie już nigdy nie pozwoli na prowadzenie tej działalności. Jestem w trakcie oczekiwania na komisje lekarskie które będą stwierdzać przydatność do służby oraz rozpatrywać wypadek. 

Dziękuję że przetrwałaś/eś!  

I tutaj moja prośba.

Aktualna wiedza medyczna znana w Polsce niestety jeżeli chodzi o DCS ogranicza się do stanów ostrych i nikt nie podejmuje tematu leczenia odległych skutków DCS 2º postać mieszana mózgowo – rdzeniowa. Może ktoś z was albo ktoś z waszych znajomych ma kogoś zagranicą lub zna kogoś, kto mógłby pomóc w poszukiwaniach podobnych przypadków, sposobów oraz efektów leczenia. Służę również swoją wiedzą którą pozyskałem do tej pory.

Dziękuję również za wsparcie finansowe gdyż zatrważające jest to że człowiek który stracił zdrowie ratując życie drugiej osobie musi zastanawiać się którą receptę wybrać.

Pozdrawiam i trzymajcie się w zdrowiu 

Jarek Maciejewski

Żródło: Facebook

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o